Image 1 Image 2 Image 3 Image 4 Image 5 Image 6

Ekspedycja Michał 2006-2011

 Prezentacja KOLOSY 2012
 MAPA Google Maps

Prawdziwa przygoda zaczyna się dopiero tam, gdzie zaczyna walka o przetrwanie...

Gdy początkowo zrodził się pomysł objechania lądem świata dookoła nikt z nas nie przypuszczał, że droga, na która wkraczamy zabierze nas do tego miejsca, w którym znajdujemy się dziś. Projekt rozpoczął się w wieloosobowym zespole, ale do końca dotarłem tylko ja… I choć samotnie przemierzałem nieprzebrane odległości to tylko do ciebie zależy, czy chcesz podróżować sam czy w towarzystwie, bo bratnich dusz nie brakuje nawet w najbardziej odległych zakątkach świata.

Etap pierwszy to przeprawa lądowa z Polski do Nowej Zelandii w zmieniającym się towarzystwie różnych podróżników. W sposób kombinowany (pociągiem, statkiem, autobusem i autostopem) dotarliśmy do granicy Birmy, odkrywając podziemne miasta Kapadocji, doświadczając Irańskiej gościnności w obliczu interwencji zbrojnej USA, wizytując wieczne Persepolis oraz świątynię Zoroastran na pustyni. Zawitaliśmy również na Pasztuńskie rubieże na granicy z Afganistanem, gdzie na Bazarze Przemytników wśród strzałów i wybuchów granatów znaleźliśmy schronienie u jednego z lokalnych „biznesmenów”. W Derra Adam Khel (gdzie panuje plemienne prawo pasztuńskie) strzelaliśmy z broni wyprodukowanej na miejscu sposobem niemalże chałupniczym.

W Indiach posmakowaliśmy owoców z każdego ich zakątka, przemierzając ten kraj wszerz i wzdłuż, od południowych rubieży katolickiej Kerali do himalajskich szczytów Sikkimu (wyprawa na przełęcz Goczala 5003 m n.p.m) i objętego wojną Kaszmiru, przejeżdżając na dachu autobusu drugą najwyższą przejezdną przełęczą Indii (Taglangla 5 325 m n.p.m). Od pielgrzymkowego życia w świętym mieście Sikhów, Armitsarze, przez pałace, forty i pustynie Rajastanu, przez miasta i świątynie środkowych i południowych Indii, przez bolywoodzki plan filmowy w Mumbaju, przez wyspy Andamany po święto Durga Puja w Kalkucie, byliśmy tam wszędzie! W Bangladeszu zrobiło się znowu gorąco, bo natrafiliśmy na zmianę rządu i zamieszkom na ulicach nie było końca.

Bangladeszańskie wojsko nie puściło nas pieszo przez granicę z Birmą, w której i tak wybuchła rewolucja przeciw wojskowej dyktaturze, więc z całą niechęcią skorzystaliśmy z samolotu, gdyż tylko tak można było wydostać się z pogrążonego chaosem kraju.

Dalej ruszyliśmy w podróż lądową przemierzając Azję południowo-wschodnią. W Tajlandii, buddyjskim świecie wykreowanym dla turystów, zostaliśmy dostatecznie długo, by skosztować wybornego ulicznego jedzenia, zakupić hamak i dać się naciągnąć na niebotyczną kasę przez oszustów, nim przyszło nam się zmierzyć z legalną mafią ustawiającą turystów w transportach do Angkor Wat. Uciekając stamtąd trafiliśmy na ponure Pola Śmierci, gdzie do dziś w słońcu bieleją zęby niektórych z 2,3 mln ofiar Czerwonych Khmerów oraz dalej do opuszczonego ośrodka dawnych elit rządzących, Bokor.

W Witnamie, gdzie wiecznie żywe wspomnienie o wojnie jest narzędziem marketingowym do robienia kasy, przyjrzeliśmy się warunkom życia w reżimie komunistycznym i jego kulinarnym specyfikom. Przepełźliśmy przez tunele Viet Congu i uszyliśmy sobie stroje na miarę w My Son. Sprawdziliśmy pływający rynek w delcie Mekongu, drugiej co do wielkości delcie świata. Mimo tego, iż legendarne Ha Long było urzekające, najeżony niewybuchami Laos przypomniał nam o tym, że to te małe rzeczy najbardziej liczą się w życiu, gdyż w tym kraju sielankowa egzystencja Vieng Thong koegzystuje z wojskowym sprzętem ze szlaku Ho Chi Mina porzuconym w dżungli. Po wizycie w Złotym Trójkącie pełnym przemytników opium ruszyliśmy z powrotem do Tajlandii, aby zawitać w pradawnej stolicy królestwa Tajów, Sukotaj.

W Singapurze dowiedzieliśmy się, co to naprawdę znaczy shopping i dostaliśmy mandat za spożywanie owocu Duriana w metrze. W Indonezji opanowaliśmy do perfekcji technikę zdobywania pryczy koło gniazdka z prądem na promach płynących dniami między niezliczonymi wysepkami archipelagu. Na wyspach Maluku rozpytywałem o prawdziwe przyczyny wojny domowej na tle religijnym a w Borobudur oczyszczaliśmy dusze z sił nieczystych. Na Javie odwiedziliśmy jeden z najbardziej aktywnych wulkanów świata, Bromo, gdzie jest zejście do samego świata piekielnego.

Ponownie zbrukaliśmy się lotem samolotem, tym razem do Nowej Zelandii, gdzie w krew weszło nam aucklandzkie powiedzenie „no worries mate”. Zaczęła się walka o znalezienie pracy i przetrwanie mając jedynie trochę pieniędzy w kieszeni i dorobek całego życia w plecaku. W ciągu tych paru lat losy każdego z nas potoczyły się odmiennie i po latach jedynie ja wytrwale ruszyłem w dalszą drogę, tym razem samotnie goniąc marzenia. Czas w kraju Kiwi był ciekawym doświadczeniem i pokazał, co tak naprawdę kryje się pod maską przygotowanego dla turystów raju.

Na przygody nie trzeba było długo czekać i teraz na całe życie zapamiętam, że na lotnisku w mieście aniołów nie da się przedostać do USA bez wizy! To właśnie w Meksyku popełniłem największy błąd podczas całej wyprawy kupując 20to letni wóz terenowy za okazyjną cenę, który psuć się będzie od teraz już zawsze. Stał się on jednak moim domem, w którym spałem na hamaku oraz gotowałem. Zaraz zabrałem się do odkrywania archeologicznych perełek kultur indiańskich, nie rozumiejąc ani słowa. Czy to na rajskim wybrzeżu Karaibów, czy też na najbardziej osobliwej piramidzie świata w Cholula albo w rozległym Teotihuacan, zawsze próbowałem poznać i zrozumieć otaczająca mnie rzeczywistość.

Najpiękniejsze ruiny w całym Meksyku nie mogły jednak się równać z chwytającą za serce historią gwatemalskich partyzantów, którzy po zawieszeniu broni postanowili zająć się plantacją kawy i bananów w Santa Anita. Gwatemala to kraj niesamowitych „perełek” takich jak spowite dżunglą Tikal, bajeczne tarasy Semuc Champey czy żywe jęzory wulkaniczne Wulkanu Pacaya, która jest zupełnym przeciwieństwem nudnego Hondurasu, do którego równie ciężko jest się dostać jak z niego wydostać.

Spotkałem tu jednak wyjątkowego Polaka, który okazał się być szamanem i wtajemniczył mnie w plan przemycenia kolumbijskiego szamana z Panamy do Kostaryki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jego magiczna postać będzie co jakiś czas niespodziewanie pojawiać się na moim szlaku. W Nikaragui zmierzyłem się z wulkanem Momotombo, który pokonał mnie bez reszty, mimo to skierowałem swoje kroki ku wulkanowi Masaya - bramy do piekieł, wraz z jego lawowymi tunelami. W Kostaryce, „gringolandzie”, żyłem życiem surferów, miałem swoją pierwszą lekcję surfingu zakończoną obtartymi żebrami oraz zjeżdżałem na stalowej linie na wysokości 130 m.

W cudownym mieście Panama zamieszkałem w samym centrum slumsów, gdzie ludziom nie pozostało nic innego jak tylko bawić się do nieprzytomności na ulicach w rytm nieśmiertelnego tanga. Zmuszony do postoju w Colon poważną awaria silnika przetrwałem lokalny karnawał włócząc się i słuchając zarówno Izraelitów jak i Arabów walczących o wpływy w mieście, a za dnia odsypiając w nagrzanym do szaleństwa samochodzie na chodniku przed warsztatem samochodowym. Przez przymusowy postój nie udało mi się wydostać z kraju. Auto ostatecznie popłynęło w kontenerze a ja złapałem kolejny samolot do Kolumbii i znowu przypadkiem zostałem odnaleziony przez mojego magicznego szamana.

W Kolumbii, przekonałem się, że bary salsy nie są szczególnie dla mnie i zmierzyłem się z biurokracją w obliczu beznadziejnego zadania odbioru kontenera, co udało się jedynie dzięki życzliwości dobrych ludzi. W Baranquilla spędziłem jeden z największych karnawałów świata, lecz trzeba mieć nie lada kondycję, aby przetrwać 6 dni ciągłego hedonizmu. Nie odmówiłem sobie również kurs nurkowania w jednym z najwspanialszych zakątków świata połączonym z trekiem do Zaginionego Miasta. Przy granicy z Wenezualą odkryłem paradoksalne zjawisko, że łatwiej jest tutaj o paliwo niż o pitną wodę. Ostatecznie szamańskie moce zatoczyły krąg i zwabiły mnie do samego epicentrum Parku Tyrona na pradawny, szamański rytuał ayahuaski.

W Bogocie przeżyłem kolejne chwile grozy, gdyż w Kolumbii nie można kupować używanych części samochodowych a ja musiałem wymienić cały zapusty silnik wraz ze skrzynią biegów. Na szczęście znalazłem człowieka, który z narażeniem własnej wolności zrobił to dla mnie i nawet udzielił mi schronienia w warsztacie na okres naprawy. Kończyła się wiza a zatem trzeba było wygrać wyścig z czasem i dotrzeć do granicy państwa, choć lawiny błotne wcale tego nie ułatwiały.

Ekwador przywitał mnie swoimi nieprzyzwoicie wysokimi szczytami, które były równie piękne co ciężkie w forsowaniu. Okazało się, że Środek Ziemi nie leży wcale po środku ziemi a mechanicy karzą sobie płacić jak za zboże. Wulkan Cotopaxi jest naprawdę niesamowity. Szkoda tylko, że w tej dziczy eksplodowała chłodnica, co spowodowało, że miast eksplorować okolicę ratowałem sytuację, ale przygoda zaczyna się dopiero tam, gdzie zaczyna się walka o przetrwanie. Nie przeszkodziło mi to jednak, aby zjechać na rowerze z wulkanu Chimborazo czy skoczyć z mostu w Banos.

Prawdziwa ekstaza odkrywania starożytnych kultur zaczęła się w Peru, gdzie pełno jest petroglifów, piramid i całych miast wzniesionych z glinianych cegieł, skrywanych w dżungli osad, zapomnianych warowni dawnych imperiów, miast umarłych i sarkofagów, kurhanów i tajemniczych linii na pustyniach, miast wzniesionych z piaskowca czy przecudnych i śmiertelnych szczytów górskich zwieńczonym wiecznym śniegiem. Podczas próby dotarcia do najgłębszego kanionu świata Cotahuasi kolejny raz dopadła mnie klątwa psującego się samochodu, która ciążyła na de mną od pierwszego dnia mojej wyprawy, ale to właśnie przez nią poznałem mechanika w każdym zakątku Ameryki Południowej i przyswoiłem sobie tajniki owego rzemiosła jak i język hiszpański. To właśnie tutaj otarłem się o śmierć za sprawą ogrzewania gazowego, które jako jedyne pozwalało przetrwać samotne mroźne noce na wysokościach kilku tysięcy metrów.

Przeprawa do Boliwii to powrót do świata, w którym rządzi korupcja i bezkarna policja. To tutaj przemierzałem wzdłuż i wszerz największą pustynię solną świata kierując się jedynie 6tym zmysłem, który na moje nieszczęście zaprowadził mnie do oblężonego miasta Potosi. Tam zostałem uwięziony na 3 tygodnie będąc świadkiem ludzkich tragedii, bezsensownej przemocy i odczłowieczenia ludzi kierowanych prawem masy. Nic dziwnego, że wybrałem ucieczkę nocą z narażeniem życia taranując barykady z kamieni i innych obiektów niszcząc częściowo auto. Po mroźnych pustkowiach Salinas Uyuni udałem się do piekielnie gorących okolic Santa Cruz i słynnych misji jezuickich. Robiłem zakupy na rynku czarownic, gdzie szamani zaopatrują się w sekretne komponenty do odprawiania magicznych rytuałów. Następnie dotarłem do wrót dżungli, gdzie z różnym skutkiem próbowałem tajemniczych roślin oraz obserwowałem egzotyczne zwierzęta. Pirania nie smakuje wcale tak dobrze jak myślałem. Na pożegnanie z Boliwą zostałem ugoszczony na terenie jednostki wojskowej Boliwijskiej Marynarki Wojennej.

Następnie przejechałem ponad 4 000 km drogą Transamazoniką przeprawiając się przez największą dżunglę świata, aby dostać się do niebywałego Sao Luis, gdzie oprócz poznania Spirytystów zamieszkałem przez jakiś czas w domu pewnego Masona. Urzekła mnie Brazylia gdzie odległość podróży mierzy się w dniach. Nie zna tego kraju ten, kto nie mknął po plażach wschodniego wybrzeża kontynentu, nie kąpał się w najbardziej wysuniętej na wschód części Ameryki Południowej, nie tułał się nocą po zakamarkach okazałej Olindy, czy też nie skakał na linie z mostu w Salvadorze. Nawet takie incydenty jak obrzucanie kamieniami w dzielnicy biedoty czy napaść z bronią w ręku na Styku Trzech Państw nie są w stanie zniechęcić do odkrywania tego barwnego kraju.

Brazylia jest rajem dla globtroterów i mimo całej okazałości ustępuje Argentynie jedynie spektralnością boskich wodogrzmotów wodospadu Iguazu, który nieważne jak wytrawnym jesteś podróżnikiem i co już widziałeś, czy przeżyłeś zawsze i każdemu zapiera dech w piersiach. Tutaj gnany niepochamowanym imperatywem przygodowo-kronikarskim zamoczyłem kamerę w wodzie i od tego momentu priorytetem stało się naprawienie sprzętu, który okazał się jednak nieco zbyt wysublimowany jak na realia Argentyny. Samochód zaczął sypać się na potęgę, czego ukoronowaniem była bardzo kosztowna wymiana pękniętego bloku silnika, oraz przydługi postój na skraju drogi… i tak właśnie spędziłem Święta Bożego Narodzenia 2011…

Naprawione auto działało, ale nie wiadomo na jak długo, a zatem nastał czas powzięcia kluczowych decyzji dla przyszłości ekspedycji. Należało czym prędzej sprzedać auto i ruszyć w poszukiwaniu pracy do Afryki. W Argentynie nikt go nie chciał, w Paragwaju nim wzgardzono a w Boliwi chciano zbyt dużej łapówki. Ostatecznie po upojnym karnawale w Santa Cruz sprzedałem auto za bezcen i ponownie z całym dobytkiem życia mieszczącym się w plecaku ruszyłem najpierw w długą drogę do Buenos Aires a następnie do jednego z najbardziej niesamowitych miejsc na ziemi, Kapsztadu.

Tak wkroczyłem w ostatni etap ekspedycji, który ponownie miał się zacząć od skomasowania środków do dalszego podróżowania. Miejsce było wybrane wybornie, bo choć niebezpieczne i duża korupcja to jednak atmosfera miejsca nie do przebicia. Początkowo wylądowałem na farmie ludzi żyjących w zgodzie z naturą, żywiących się plonami z własnych upraw oraz wyznawcami idei open source, aby następnie znaleźć lokum w hostalu w zamian za pracę w recepcji.

Niestety gdy już wszystko zaczynało się układać i właśnie miałem zacząć pracę w międzynarodowych liniach lotniczych okazało się, że stan zdrowie mojego ojca wymaga mojej natychmiastowej obecności i wróciłem na czas aby się pożegnać.

Czegokolwiek by nie mówić o ekspedycji jedno jest pewne. Będąc wyeksponowanym na działanie i wypływ tak odmiennych i egzotycznych kultur, nie tylko zyskałem o wiele bardziej rozległe rozumienie świata, ale również lepsze dostrzeganie natury problemów ludzkich a jest to ten rodzaj wiedzy, którego nie nauczy się z żadnych książek na świecie i do tego utrwaliłem to w postaci pisemno-fotograficzno-filmowej.

Ta podróż przerosła moje najśmielsze oczekiwania i nie zamieniłbym jej na nic na świecie.

map3d